Za dużo tych tematów się nazbierało. I to całkiem różnych od siebie. Bo wakacje to przechodzenie wciąż do różnych światów.
W lipcu musiałam się szybko przestawić z upalnej plaży na klimatyzowane
biuro w centrum miasta. Codziennie jechałam metrem razem z resztą zabieganej
Warszawy, przeglądałam codzienną prasę, siedziałam przed komputerem.
Towarzyszyło mi dziwne uczucie, że jestem dzieckiem, które nagle musiało pójść
do pracy, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia.
Nagle okazało się, że nie wszyscy są dla mnie mili, że muszę sama wykazać
inicjatywę i nie zawsze ktoś mi pomoże.
Czasami musiałam zadowolić się takimi pracami jak układanie
gazet na półkach, czy zanoszenie przesyłek na pocztę.
Innym razem zbierałam informacje przez telefon i tworzyłam krótkie notatki.
W końcu napisałam długi artykuł - moim zdaniem naprawdę dobry i ciekawy - i z
dumą pokazałam go pani redaktor. Po pięciu minutach przedstawiła mi całą listę
poprawek. A to za długie zdania, a to coś nie ma sensu, tu trzeba coś ująć, tam
dodać. Żeby został zaakceptowany, musiałam go przerabiać jeszcze ze trzy razy.
Na pocieszenie pani redaktor dodała: "Ale naprawdę dobrze piszesz. To
najlepszy tekst jaki czytałam wśród stażystów od pieciu lat."
Jasne, dzięki. Teraz już wiem, że talent to nic wielkiego. Żeby go wykorzystać,
trzeba się nieźle natrudzić, tak że pod koniec ma się już serdecznie dosyć. A
ja sobie wyobrażałam, że to taka sielanka.
Nie dziwię się, czemu redaktorzy są uzależnieni od kawy. Codziennie mi ją
proponowali, a gdy odmawiałam, stwierdzali, że nie nadaję się do
dziennikarstwa.
Musiałam też nauczyć się rozmawiać z każdym człowiekiem,
kimkolwiek by nie był: starszą panią, kryminalistą, psychologiem, szalonym
naukowcem, urzędnikiem czy kilkuletnim brzdącem. Od każdego z nich można
usłyszeć tyle ciekawych rzeczy! Chociaż dla mnie to jest trudne i wcale mi się
nie chce tego robić. A jednak to lubię.
Po pewnym czasie przychodziłam już do redakcji jak do siebie,
żartowaliśmy sobie, prowadziliśmy ciekawe dyskusje.
I właśnie wtedy staż jakoś szybko się skończył - jak wszystko co dobre.
Znów przyszedł inny świat. Zaczęłam żyć pielgrzymką na Jasną Górę.
Najpierw kilka dni zakupów: pompka do materaca, skarpetki,
konserwy, bandaże, montowanie paska do gitary. I bojowe nastawienie: będzie
ciężko. Więc po co tam poszłam? Po prostu nie mogłam inaczej - to chyba
uzależnienie. Ale w tym roku spotkała mnie niespodzianka - pielgrzymka zaczęła
mi się podobać.
Już pierwszego dnia nadeszła ogromna burza. Akurat dotarliśmy
na nocleg. Już sobie wyobrażałam przemoczone bagaże i wodę wdzierającą się do
namiotu. Podobno w Warszawie spadło tyle deszczu, że ludzie musieli wchodzić na
dach autobusu, żeby ich nie zalało. A co my mieliśmy zrobić? I nagle zbawienna
wiadomość: możemy spać u kogoś w domu! Na twardej podłodze, ściśnięci w małym
pokoju, ale przynajmniej ciepło i sucho!
Później już rzadko padało, za to dokuczał nam ogromny upał. I ból pleców - bo
plecak zawsze był podejrzanie ciężki, chociaż niby nic tam nie wkładałam...
Na pielgrzymce jedno z moich największych marzeń to umyć się. Dlatego cieszyłam
się nawet wtedy, gdy musiałam to robić ukryta za studnią, na grządkach z
fasolką i buraczkami. Albo na polu, gdzie atakowały mnie setki komarów. A w
namiocie często odwiedzały mnie - całkowicie nieproszone - robaczki, mrówki,
ćmy... ach, to życie w zgodzie z naturą;)
Przynajmniej dwa razy dziennie pewien żartowniś wyjmował mi
śledzie, próbował przewrócić namiot, podrzucał mi swoje śmieci i żartował sobie
ze mnie na setki sposobów. Przy okazji był strasznym łakomczuchem, więc
założyłam się z nim o jego ulubione cukierki, że nie będzie mi więcej
dokuczał:P Prawie mu się udało.
Szliśmy do Częstochowy 9 dni, a z powrotem znalazłam się w
domu w dwie godziny (bo kierowca nie miał okularów i nie widział znaków z
ograniczeniem prędkości:P). Znów inny świat. A najważniejsi w tych światach są
ludzie – też bardzo różni. Ważne, żeby dobrze się z nimi poczuć – wtedy wszystko
jest lepsze. I to za ludźmi się tęskni.
Jutro znów wyjeżdżam – na wieś, samochodem. Dziś ćwiczyłam
jazdę po długiej przerwie i od razu hardcorowa trasa: Centrum i Praga. Wróciłam
z lekka oszołomiona, myśląc, że już nic gorszego nie może mnie spotkać - a
tymczasem na Bielanach, po zaparkowaniu, usłyszałam niepokojący świst. To
powietrze uchodziło z mojej opony, która po chwili stała się całkiem płaska. A
ja nawet nie wiem, jak się zmienia koło! Na szczęście znalazł się ktoś, kto mi
pomógł i teraz mam jedną oponę zimową i trzy letnie. Może jakoś przejadą
jeszcze te kilkadziesiąt kilometrów…