Lato czeka


Nareszcie prawdziwe wakacje!
Dziś po raz ostatni w tym roku akademickim przekroczyłam próg naszej uczelni. A jednak wcale nie budzi to mojej wielkiej radości.

Po pierwsze dlatego, że naprawdę będę za nią tęsknić, co jest dość niecodziennym zjawiskiem jeśli chodzi o szkołę.

A po drugie, bo bardzo chętnie pojechałabym tam jeszcze raz, na egzamin z pasjonującego przedmiotu Kościół a polityka. Jeśli zaliczyłabym go w pierwszym terminie, dostałabym stypendium! A teraz mogę się z nim pożegnać przez moją własną głupotę...

Ale z drugiej strony zależy mi na tym wyjeździe, a nie dało się załatwić innego terminu. I bądź tu mądry.

W innych sprawach też powinnam być mądra - na przykład dzisiaj trafiłam na spotkanie, na które zaprosili nas urzędnicy żoliborscy. Nikt odpowiednio kompetentny z naszego stowarzyszenia nie mógł/nie chciał(?) pójść, więc padło na mnie i jeszcze mniej zorientowaną koleżankę. Nie wiedziałyśmy nawet, co to za spotkanie!

O zgrozo na początku wszyscy musieli się przedstawić i powiedzieć, w jakim celu przyszli, a ja miałam mówić jako druga z kolei. Cóż, postawiłam na szczerość: rozbrajająco wyznałam, że znalazłam się tu przypadkiem, ktoś zaprosił nasze stowarzyszenie, wlaściwie nie wiem, w jakim celu, ale chętnie posłucham.

Spodziewałam się, że reakcją będą zdegustowane spojrzenia, ale wręcz przeciwnie, zaczęło się wyjaśnianie i przekonywanie do poparcia. Okazało się, że jestem na spotkaniu komitetu wyborczego i osób, które chcą go wspierać. Chodzi oczywiście o wybory samorządowe, nikt nie ujawniał sympatii do żadnej partii.

Nasze stowarzyszenie miało być apolityczne i w wyborach do Rady Dzielnicy też nie chcieliśmy nikogo popierać. A tu, masz ci los - akurat ten komitet jest tak zmotywowany do działania i otwarty na ludzi, że aż chciało by się go poprzeć.
Często mowili o współpracy z młodymi i traktowali nas jako wielką nadzieję. Zdziwiło mnie tylko, że na sali znalazł się jeszcze jeden przedstawiciel młodzieży, ze stowarzyszenia o nazwie bardzo podobnej do naszego. Patrzył na nas, jakbyśmy to my ściągnęli tę nazwę, a my nigdy nawet nie słyszeliśmy o czymś takim! Może uda się jakoś współpracować, choć na razie nie wyczułam między nami sympatii.

A teraz odrywam się od tego wszystkiego na dwa tygodnie, może mi się to przyda. Jednak nie oderwę się od niektórych myśli. Jak to jest, że jeśli chce się komuś pomóc, to w efekcie i tak się go rani...? Może wymyślę coś sensownego na ten temat.

Po powrocie idę na staż. Oczywiście mam wiele obaw, ale spodziewam się przyjaznej atmosfery, sądząc po mailu, którego dostałam: "Proszę się nie martwić i przyjść. Czekamy z kawą." Cóż, bedzie co będzie. A na razie nie chcę się tym przejmować.

I z niecierpliwością czekam na kolejny "pubbing"/ karaoke/ odkrywanie sensu nonsensu/ taniec i wszystko, co nam przyjdzie do głowy :)
uczta-duchowa 2010-06-16 21:06:58
skomentuj (2)
Powrót


Zdjęcie: Ybuzko
Autorka: Langy
Więcej: Lajolty