Prosto z pielgrzymki, jeszcze nie do końca umyta i wyspana, musiałam założyć galowy strój i biec na próbę chóru. Tym razem atmosfera nie była radosna, wszyscy śpiewali w skupieniu i zadumie. Chociaż On na pewno się do nas uśmiechał. On, czyli nasz Wujas, ksiądz proboszcz. Przed kościołem stała jego trumna. To się wydawało nie do pomyślenia, chociaż walczył z nowotworem już kilka lat. A jednak ciągle mieliśmy nadzieję, że go zwycięży.
Nie byłam z nim tak blisko jak inni. A znali go wszyscy: to przecież przyjaciel bł. ks. Jerzego, dawny rektor kościoła św. Anny i przewodnik pielgrzymki akademickiej. Dla mnie był częścią codziennego życia - choć nie należę do jego parafii, ale często tam przychodzę.
Najwięcej wspomnień o nim mam z wyjazdu, na który zaprosili mnie znajomi. Wujas jeździł z młodzieżą w Tatry od wielu lat – to już drugie pokolenie. Potrafił z nami rozmawiać. Codziennie odprawiał Mszę – za kaplicę służyła mu jadalnia, a raz nawet kamień na szczycie góry. Na kazaniach wszyscy naprawdę go słuchaliśmy, ba! – niektórzy zadawali pytania i rodziła się dyskusja. A później stosowaliśmy jego słowa w praktyce. Pewnego dnia mówił o dziękczynieniu: że trzeba dziękować za wszystko, nawet za cierpienie, trudne doświadczenia. Niektórzy się buntowali, a on cierpliwie wyjaśniał. I po Mszy wszyscy zaczęli do siebie podchodzić i dziękować sobie, a także się przepraszać! Tego dnia akurat kilkoro moich znajomych się pokłóciło, a dzięki temu kazaniu przeprowadzili ze sobą szczere rozmowy i doszli do porozumienia.
Pod koniec wyjazdu przyszła pora na podziękowania dla Wujasa – a naprawdę byliśmy mu bardzo wdzięczni. To on w dużej części sfinansował nasz wyjazd (a było nas ponad 50 osób), ciągle też kupował nam jakieś smakołyki, a ostatniego wieczoru urządził nam wspaniałą kolację. Kiedy razem z kilkoma osobami miałam dyżur przy robieniu obiadu, pojechaliśmy z nim po zakupy. To był piątek, więc wymyśliliśmy bezmięsne danie: makaron z serem, śmietaną i truskawkami. Kupiliśmy produkty w takich ilościach, że ledwo zmieściły się Księdzu do bagażnika, wydał na to naprawdę sporo. A jeszcze po drodze zatrzymał się przy cukierni i kupił dla wszystkich ciasto na deser! A pomijając względy materialne – przede wszystkim był z nami, zawsze serdeczny, ciepły, mądry i pełen humoru.
Ostatniego dnia zebraliśmy się wszyscy, ktoś wygłosił podziękowanie, wręczył mu pamiątkowy rysunek – tak standardowo. Ale on chciał czegoś więcej. Takiej reakcji nikt się nie spodziewał: Ksiądz powiedział, że zawiódł się na nas, bo oczekiwał, że podziękujemy mu poprzedniego wieczoru, przy kolacji – wtedy była idealna okazja. Ale w naszej grupie nie ma lidera, który wpadłby na taki pomysł. I że popełnił błąd, którego żałuje: potraktował nas jak dorosłych, a my jesteśmy jeszcze dziećmi.
W całym domu zawrzało. Jedna z organizatorek płakała, ktoś zarzekał się, że już więcej nie przyjdzie na kazanie Proboszcza, ktoś inny powtarzał, że to dla nas lekcja pokory. Z mieszanymi uczuciami wróciliśmy do Warszawy.
Na jesieni Wujas zapowiedział spotkanie powyjazdowe. Tydzień wcześniej całą naszą grupą poszliśmy do parku z kamerą – każdy stawał przed nią i indywidualnie, spontanicznie mówił, za co dziękuje. Wyszło to zabawnie, bo wszyscy nawzajem się rozśmieszali, ale o to właśnie chodziło – o naturalność i o szczere podziękowania – nie tylko dlatego, że tak wypada.
Ksiądz ucieszył się z filmu i przeprosił nas za swoje zachowanie. Zdenerwowanie szybko mu przeszło i już dawno o tym zapomniał. Po prostu był porywczy, ale przede wszystkim zależało mu na nas, chciał naszego dobra. Sam za wszystko dziękował Bogu. W ostatnim okresie życia bardzo cierpiał, wiedział, że odchodzi, ale pogodził się z tym, nie tracił dobrego humoru.
15 sierpnia był jednym z najgorętszych dni tego lata: prawie 35 stopni w cieniu. A my, ubrani na czarno, staliśmy na balkonie kościoła w pełnym słońcu. Gdzieś tam na dole tłum szedł za trumną, przyglądał się, jak składają ją do grobu, kobiety ocierały łzy – patrzyliśmy na to jak przez mgłę. Soprany, alty, tenory i basy połączyły się w jedną zamyśloną melodię… Z dolin tej ziemi, gdzie groby są mych ojców, ku górom wznoszę oczy me w nadziei, że stamtąd przyjdzie, że stamtąd przyjdzie nasze ocalenie… nasze ocalenie…